Strona główna > Motywacja, Rozmaitości > Wstawaj szkoda dnia!

Wstawaj szkoda dnia!

Dzwoni budzik! Nie… Zdaje mi się… Dzwoni! No żesz @#$!#@. Jednak dzwoni!

Sięgam ręką w jego stronę. Mam nadzieję, że leży tam gdzie go położyłem ostatnio. Nie mogę go namacać. Czy on musi tak głośno dzwonić?! Przecież już nie śpię!! W końcu trafiam ręką na znajomy kształt i nie otwierając oczu wyłączam go.

Uchylam oko. Widzę pokój w odcieniach szarości. Leżę na brzuchu z telefonem w ręku. Przynajmniej budzik już się nie drze. Zaraz muszę wstać i wyjść na trening. Muszę z samego rana, bo inaczej szlag trafi mój plan dnia. A raczej nie plan dnia, tylko bieganie. Bo albo teraz albo wcale.

Tylko trzeba wstać z łóżka.

Przypominam sobie w duchu jak to wczorajszego wieczora siedziałem z herbatą i patrząc się w swój dzienniczek treningowy mówiłem, że jutro wypadałoby zrobić, chociaż luźny trening. Wczoraj był czwartek i pamiętam jeszcze tą moc, która mnie roznosiła po treningu. Bo wczoraj było śpiewająco. Zrobiłem, niełatwy przecież trening i czułem, że jest moc. Czułem euforię i endorfiny wylewające się uszami. Mówiłem sobie, że jutro będę musiał wstać wcześniej, ale to tylko jedna godzina spokojnego biegu, więc bez problemu dam radę.

Wyobrażałem sobie, że wstaję rano. Robię herbatę i kanapki. Potem szybko je zjadam i z zadziornym błyskiem w oku wychodzę biegać.

Taaa… Żeby to było takie proste.

Chrzanię to! Idę dalej spać! Jeden trening w tą czy w tamtą różnicy nie zrobi.

Nie, nie zrobi. Ale leżąc zaspany bladym świtem wiem jak parszywie będę się czuł wieczorem. I to piątkowym wieczorem. Będę zły na siebie, że nie biegałem. Że mam dziurę w treningu. Że jestem słaby, bo nie potrafiłem wstać i wyjść rano na rozbieganie. Że skoro nie radzę sobie ze swoim treningiem to jak mam sobie radzić na zawodach. Że cała ta czwartkowa euforia wynikająca z zajebiście udanego treningu pryśnie jak mydlana bańka.

Nie ma, co. Wstaję!

Najpierw siadam na łóżku. Odruchowo krążę kilka razy głową. Sprawdzam czy kręgi szyjne mam nadal naoliwione. Jest OK, bo nie trzeszczą. Głowa na karku trzyma się nieźle.

Patrzę na zegarek. O żesz…. Odwracam wzrok. Zieeeewam…

Po co mi właściwie to całe bieganie? Przecież to całe wstawanie jest nienormalne! Gdyby nie bieganie mógłbym sobie spać dłużej! Wyobraźnia podsuwa obrazek, w którym z zamkniętymi oczami sięgam po telefon, wyłączam budzik i odwracam się na drugi bok by znowu zasnąć. Poddaje się tej wizji do momentu, gdy chwilę później moja bardziej zmotywowana część każe mi wreszcie podnieść moje zgrabne cztery litery.

Więc wstaję na nogi. Pierwsze kroki jak zwykle w stronę okna. Podnoszę jedną roletę, potem drugą. Trzeciej mi się nie chce. Nigdy mi się nie chce.

Pokój zalewa się niemrawym światłem. Patrzę się za okno. To jeszcze noc czy już dzień?! Siwo, buro, tak… nijako.

A może by tak….?

Nie, nie, nie!

Idę do kuchni i włączam gaz pod czajnikiem. Wcześniej po drodze zajrzałem do kubka. Zostało pół kubka herbaty z wczorajszego wieczora. Już wiem, że doleję ciepłej wody i będzie nowa „herbata”. Gdy woda się grzeje, ziewając obficie, idę do łazienki. Tuż za jej progiem mrużę oczy od blasku światła. Zerkam w lustro i mimo że widzę jakąś zaspaną twarz to patrzę na nią i mówię: „Ten gość jest niezły, jeden z najlepszych w Żyrardowie! On nie odpuszcza porannych treningów!”. A potem robię w łazience, co trzeba i wracam do kuchni.

Woda jest już ciepła, więc dolewam jej do wczorajszej herbaty i piję. Z lodówki wyciągam majonez, z chlebaka – chleb (a gdyby było odwrotnie?!) i automatycznie robię sobie kanapki. Dwie lub trzy kromki ciemnego pieczywa posmarowane majonezem. Nic więcej. Po prostu totalna prostota połączona z finezyjnym smakiem majonezu.

Mając zestaw śniadaniowy, czyli z kubkiem “herbaty” w ręku i z nadgryzioną kanapką w zębach idę do pokoju. Obym tylko teraz nie ziewnął, bo mi kanapka z ust wypadnie.

Łóżko jeszcze ciepłe. Kusi. A może by tak się położyć na chwilę. Może tak zjeść kanapki w ciepłym łóżku zamiast marznąć. Położę się tylko na chwilkę, potem pójdę biegać… Przecież mam czas, mogę wyjść za chwilę, za malutką chwilę…

Nie! Za chwilę nie będzie czasu. Nie zrobisz treningu. A jakbyś tak jeszcze zasnął to już całkiem masz pozamiatane. Może i będziesz trochę bardziej wyspany, ale pamiętaj o tym paskudnym uczuciu, które będziesz miał wieczorem, gdy z własnego lenistwa odpuścisz trening. Będziesz zły na samego siebie, że nie wyszedłeś.

Zaczynam się ubierać. Powoli, bez pośpiechu. Robię to metodycznie jedna rzecz po drugiej w tej samej od wielu tygodni i miesięcy kolejności. Myśli o powrocie do łóżka zaczynają odpływać, choć gdy siadam na jego skraju zakładając skarpetki jego siła przyciągania wzrasta, co najmniej dwukrotnie. Wstaję – jest lepiej. Już jestem prawie ubrany. Już nie ma odwrotu. W swoich biegowych ciuchach zaczynam czuć tą, może i zaspaną, ale jednak: moc, szybkość i siłę.

Dopijam ostatni łyk “herbaty”.

Idę na trening!

  1. sylwia
    9 Grudzień 2011 o 22:33 | #1

    Nie jesteś sam,hahaha!Ja tez tak mam,czasami!Pozdrawiam!

  2. 23 Grudzień 2011 o 02:02 | #2

    Ja też tak mam :) )) Fajny blog, postaram się przeczytać całe archiwum, a na pewno będę czytać regularnie nowe wpisy :) Pozdrawiam!

  1. No trackbacks yet.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s