Jak biegacze mogą uczcić koniec roku? Najlepiej Biegiem Sylwestrowym. A jak nie ma żadnego pod ręką (nogą)? To sami sobie taki bieg zorganizują. Gdzie? Na przykład w Kampinosie! Dystans: półmaraton. Będzie miła, sympatyczna atmosfera, będzie można pobiegać, pogadać, a jak ktoś będzie chciał się zmęczyć, to też będzie miał okazję. Tak właśnie powstał pomysł biegania po lesie w sylwestra i dzięki temu na pytanie: „Co robisz w Sylwestra?” można z czystym sumieniem odpowiadać, że: „połówkę w Kampinosie”. Niech inni to sobie interpretują.
Czytaj dalej…
Zaczęło się w sobotę, kiedy to późnym popołudniem pojechaliśmy do Starych Jabłonek pobiegać po tamtejszych górkach i lesie. Było sympatycznie, choć drugą połowę trasy pokonywaliśmy w ciemnościach. Był obiecany las, podbiegi i jezioro. Były też niespodziewane (choć istnieje na ten temat pewna teoryjka) przeszkody w postaci płotów w środku lasu. Było dobrze, ale gdy po treningu zastanawialiśmy się gdzie biegać następnego dnia byłem za opcją Wzgórz Dylewskich. Słyszałem już wiele o tamtejszych wzgórzach i wiedząc, że nie jest to lekki teren do biegania, chciałem się o tym przekonać na własnej skórze. I przekonałem się!
Czytaj dalej…
W niedzielę, dzień po wyprawie do Wińca, nie planowałem już wielkiego biegania. Zasadniczo niedziela to z reguły długie wybieganie, ale w ten weekend i w ten tydzień wybiegałem już taką ilość kilometrów, że nie było innej opcji niż luźny bieg. To miał być ostatni bieg tego urlopu, więc wybrałem się na swoją ulubioną pętlę dookoła jeziora. Pod koniec pierwszej pętli doszedłem do wniosku, że robienie podwójnej (jak to miałem w zwyczaju) może być nieco zbyt forsowne. Nie chcąc jednak wracać do domu już po pół godzinie, skręciłem w stronę pobliskich bloków. Obiegłem kawałek osiedla dookoła, minąłem się z biegaczem, który na pierwszy rzut oka wyglądał podobnie do jednego z uczestników wczorajszego triatlonu i po jednym przymusowym postoju na czerwonym świetle, skręciłem z powrotem w boczne uliczki kierując się ku swojej bazie.
Czytaj dalej…
Zaczęło się w sobotę, 6 sierpnia 2011 roku o godzinie 5:30. O tej godzinie wstałem. Powyłączałem jednak bezużyteczne budziki i zacząłem się szykować. Camela już wcześniej miałem spakowanego. Tak samo miałem naszykowaną kupkę z ubraniami na dziś. Co ciekawe, wcale nie czułem się zmęczony. Pewnie to moja głowa, wiedząc o tym, co mnie czeka, zaczęła produkować adrenalinę czy jakieś inne hormony odsuwając w kąt zmęczenie.
Punkt 6:00 byłem w taryfie. Znaczy się taksówce. Nie chciałem ryzykować biegu na stację lub przesiadania się autobusami. A nuż widelec nie zdążę. Taksówka jednak jest najpewniejsza.
Dojechałem na stację Olsztyn Zachodni grubo przed czasem. Kupiłem bilet i po kilkunastu minutach oczekiwania wsiadłem do pociągu jadącego do… dokądśtam, ale na pewno przez Ostródę. W pociągu po raz kolejny sprawdziłem zawartość plecaka, po raz kolejny przetarłem okulary i wyglądając przez okno odliczałem kolejne stacje do Ostródy: Naterki, Unieszewo, Biesal, Satre Jabłonki… hmm?! Co to za krople na szybie? Nosz… Zaczęło kropić.
Czytaj dalej…
Jak co roku w ramach letniego urlopu wybrałem się do Olsztyna. Połowę mojej torby stanowił biegowy ekwipunek: buty, spodenki (tylko krótkie, bo w końcu mrozu nie zapowiadają), zestaw koszulek, bluza, deszczak, czapka i cały biegowy majdan. Biegowych rzeczy miałem prawdopodobnie więcej niż tych normalnych.
Do Olsztyna dotarłem w poniedziałek pierwszego sierpnia i z trudem się powstrzymałem, by tego dnia nie biegać. Wjeżdżając do Olsztyna widziałem las, po którym biegałem, znajome drogi i przede wszystkim – zabudowania kampusu Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego na Kortowie, gdzie znajduje się lekkoatletyczny stadion AZS-u.
Czytaj dalej…
Im więcej biegałem dookoła Olsztyna, tym wpadałem na bardziej zwariowane pomysły, gdzie można biegać. Bardzo ciekawą opcją wydał mi się bieg dookoła jeziora oraz po terenach, gdzie ekipy budowlane wytyczały nowe ulice. Trochę mi to przypominało moją budowę obwodnicy, czyli dużo żółtego, luźnego piachu. Jezioro już znałem, bo już nad nim bywałem parę razy. Bywałem od różnych stron, wiedziałem, że od jednej strony jest koszmarny podbieg, z drugiej przełajowa dróżka samym brzegiem jeziora, ale nigdy jeszcze go nie okrążyłem. Więc czemu nie tym razem?!
Czytaj dalej…
Warmiński bieg numer cztery był najwolniejszy, ale też najbardziej męczący i szalony, by nie powiedzieć, że głupi.
Wracając z Ostródy, miałem w plecaku całość mojego biegowego ekwipunku. Jeszcze na ostródzkim peronie zastanawiałem się czy nie zrobić tak, że nie pojadę bezpośrednio do Olsztyna, tylko wysiądę wcześniej i resztę przebiegnę. Kusiło mnie niesamowicie. Wszelaki racjonalizm kazał mi jechać do Olsztyna, ale moja wrodzona chęć do podejmowania wyzwań mówiła co innego. Czy kiedyś jeszcze będę miał możliwość by zrobić taki bieg? Pewnie nie… Jestem zmęczony, ale co to będzie, jak po prostu uwalę się spać? Nic, prześpię swój urlop. Biłem się z myślami i stwarzałem przed samym sobą pozory racjonalności, ale wiedziałem, że wysiądę wcześniej.
Czytaj dalej…
Po zapoznaniu się z Olsztynem, przyszedł czas na Ostródę. Miałem tam biegać z koleżanką, dzięki której to stałem się jednym z Bezimiennych wariatów. Była to również pierwsza okazja, do biegania z kimś. Jak dotąd, zawsze biegałem sam. Nigdy mi to nie przeszkadzało i dawało mi możliwość biegania tak daleko i tak szybko jak mi się podobało. Ale, wszystkiego trzeba spróbować!
Tu miałem się dostosować. Bałem tego dostosowywania, bo jakby nie patrzeć, mój poziom biegania jest niższy od koleżanki. Niby się nabijaliśmy, że będziemy się ganiać, ale jakby przyszło, co do czego, to w rzeczywistości jest jej las i mogłaby mi bez problemu uciec. Kondycyjnie byłem słabszy, więc mógłbym jej nie dogonić i zostać w tyle. Choć, opcja ze zgubię się w obcym lesie, była nawet interesująca. Ale może nie o tym…
Czytaj dalej…
Nie wiem, w którym to było momencie, ale podjąłem decyzję, że w tym roku wyjazd na wakacje, będzie moim obozem biegowym. Pojadę jak zwykle do Olsztyna, ale z nastawieniem, aby biegać. Zwiedzałem już tamte okolice samochodem i pieszo, a teraz będę po nich biegał. Uprzedziłem znajomych o moich zamiarach i w pierwszych dniach sierpnia zjawiłem się na Warmii.
Zacząłem z grubej rury i już pierwszego popołudnia wyszedłem biegać. Nie miałem wiele koncepcji, gdzie można biegać, więc wybrałem się na przebieżkę po Olsztyńskich ulicach. Wiedziałem, że są szerokie chodniki i ścieżki rowerowe, więc będzie spokój. Spokój pod względem trasy był, choć z jednym zastrzeżeniem: światła na skrzyżowaniach, wybijały z rytmu. A żeby ten bieg nie był taki całkiem bez celu, postanowiłem dobiec do jeziora Kortowskiego.
Czytaj dalej…
Po dwóch dniach miałem zaliczone dwa kierunki: południowy (Pluszne – Łańskie) i północny (Brąswałd – Dywity – Słupy). W przedwyjazdowych planach opracowywałem sobie trasy w każdym kierunku od Olsztyna. Został mi do wyboru wschód i zachód. Wschód to okolice Klebarka Wielkiego, zachód to jezioro Dorotowskie i dalej do Gietrzwałdu. W obydwu tych miejscowościach byłem ale nie dość że samochodem to jeszcze „dawno i nieprawda”.
Kierunek wschodni wydawał się bardziej interesujący. Więc to w tamte rejony zaprowadziłą mnie trzecia i ostatnia z pieszych wycieczek wakacji 2011 roku.
Czytaj dalej…