Takie są już uroki biegacza, że od czasu do czasu potrzebuje nową zabawkę. Odkąd zacząłem się zastanawiać nad jakimkolwiek ultra, zabawką, która za mną “chodziła” był camelbag. Zabawka ta za mną chodziła i chodziła, aż po kilku wizytach w Decathlonie, kupiłem plecak Quechua Diosaz 10 Raid. Nie wiem, kto nazwę układał, ale zagmatwać mu się ją udało pierwszorzędnie. Za te całe Quechua też się należą brawa. Nawet nie próbuję tego prawidłowo wymówić.
Czytaj dalej…
Tydzień do startu. Wreszcie czuję, że jestem logistycznie zorganizowany. Wiem już jak, czym i o której jadę. Wiem gdzie i w czym będę spał. No i podobno wiem, na jaki wynik będę biegł.
Ale od początku. Dojazd.
Na samym początku ktoś rzucił hasło, że będziemy jechać samochodem. Oczywiście, miała jechać cała moja biegowa drużyna i wszystko miało być takie naj… Wiadomo, że nie wyszło. Potem istniała wersja, że chociaż nasza część wyjedzie z Warszawy razem. No tak… istniała, bo już też zdaje się, że nie istnieje. Nie wiem, w każdym razie ułożyłem sobie plan podróży samodzielnej.
Czytaj dalej…
Jak by na niego nie spojrzeć, to najtańszy but biegowy świata. No może nie najtańszy całkowicie, ale najtańszy z tych, co posiadają jakąś rozpoznawalną markę. Kosztuje całe 49,99zł. Nie jest to dużo. To jest nic, jeśli chodzi o buty biegowe, ale to już nie jest bezimienny bazarowy bucik. But zasadniczo jak podaje producent: “dla mężczyzn biegających rekreacyjnie po drogach asfaltowych i polnych”. Zasadniczo tak. Choć ja sam osobiście jego definicję mocno nagiąłem.
Wyglądem nie bije na kolana, chociaż minimalistyczna koncepcja z dużą ilością białego, może się podobać. A już na pewno ładnie wyglądają w komplecie z białymi skarpetkami. Sporo siateczki, co da się odczuć w lato, gdy stopa ma w miarę sensowny przewiew. Oraz w zimę, gdy but po prostu szybko puści wodę do środka.
Czytaj dalej…
Wiem, że biegając powinienem o butach myśleć w pierwszej kolejności. Jednak nigdy tak o nich nie myślałem. Zawsze biegałem w tym, co miałem pod ręką. Buty były po prostu częścią biegowego ekwipunku. Fakt, że niezbędną, ale tylko częścią.
Moje pierwsze buty? Marki Sprandi, które kupiłem rok czy półtora roku wcześniej i w których jeździłem do pracy, chodziłem na zakupy i używałem ich do wszystkiego tylko nie do biegania.
A jak zacząłem biegać, to w czymś trzeba było się na dwór ruszyć. Więc padło na nie. Innych, bardziej pasujących, nie miałem. Ładne były, ale całkowicie nie nadawały się do biegania. Ale skoro nie miałem biegowych ciuchów, więc i do butów nie przywiązywałem większej wagi. Po prostu w nich biegałem, nie przejmując się niczym. Wytrzymały ze mną jakieś 150-160 km i przedarłem podeszwę na wylot.
Czytaj dalej…