- Biegasz?
- No trochę biegam.
- A ile?
- Jakieś 80 km tygodniowo…
I w tym momencie nóż mi się w kieszeni otwiera. A nie muszę mówić, że to może być niebezpieczne, bolesne i w ogóle tragiczne w skutkach.
Kiedyś też tak postrzegałem bieganie. Przez wybiegane kilometry: 10 kilometrów, 20 kilometrów, 30… Potem przed pierwszym maratonem non stop miałem przed oczami hasło, że aby przebiec maraton trzeba przynajmniej pokonywać tyle w ciągu tygodnia. Więc tak sobie układałem bieganie, by tak czy siak 42 kilometry wybiegać. Potem patrząc na innych, znowu zacząłem sobie dokładać kilometrów. Praktycznie na przestrzeni tygodnia jedyną rzeczą, która się liczyła był kilometraż. Ważne było, aby sobie “dołożyć” jeszcze coś, jeszcze jakiś trening, jeszcze jeden czy dwa kilometry w tygodniu po to by robić nie 40, a powiedzmy 50 kilometrów tygodniowo…
Czytaj dalej…
Pisałem już, że ze mnie jest niezły konserwatysta? Może pisałem a może jeszcze napiszę. Taki to już urok jak najpierw piszę kolejne fragmenty a potem je składam w jedną logiczną całość. I już sam się gubię.
Ale może wróćmy do mojego konserwatyzmu. Uprawiam biegi bezelektroniczne (kolejne dziwne słowo stworzone dzięki bieganiu) i nie mam ciśnienia by się w tą elektronikę zaopatrywać. Wynika z tego jedna zasadnicza kwestia – jak mierzyć dystans mojego biegania? Metoda tradycyjna (mocno konserwatywna), czyli mapa i cyrkiel zakrawa o pomstę do nieba. Aż taką konserwą nie jestem. Skoro już mamy w domach krzemową technologię to, czemu by z niej nie skorzystać?
Czytaj dalej…
W wyniku awarii komputera straciłem zawartość twardego dysku. Dokładnie tego dysku, na którym był między innymi mój dziennik treningowy. Już pisałem, jaki to potrafił być zagmatwany i beznadziejny, ale to w końcu zapisy moich biegów!
I co? Mam zaczynać od zera? Przecież tyle już nabiegałem!
Tyle, że wyjścia nie miałem wielkiego, bo nie zrezygnuję z biegania tylko z powodu straty zapisu wcześniejszych biegów. Biegałem dalej a wyniki zacząłem zapisywać w następnym arkuszu kalkulacyjnym. Arkusz już powalał swoją prostą nazwą, bo nie nazywał się jak wcześniejszy „Moje Bieganie.xls” tylko „Book2.xls”. Nad dyskiem pracowałem, co by dane odzyskać, ale dziennik powstawał od nowa. No i powstał w wersji dużo prostszej. Dalej jest wszystko porozpisywane, ale już bez przesady. Zadałem sobie kilka różnych pytań w sumie sprowadzających się do jednego pytania zasadniczego: Czy ja naprawdę potrzebuję tych wszystkich informacji? No i przez takie sito przeszło niewiele.
Czytaj dalej…