Trzy lata to szmat czasu. W sam raz, aby przepoczwarzyć się z „couch potato” w „forrest runnera”. Nie, nie, nadwaga nigdy nie była dla mnie jakąkolwiek motywacją. Ciężko by mnie motywowało coś, czego nigdy nie miałem.
Ale faktem jest, że dokładnie 3 lata temu, siedząc na kanapie pomyślałem, że może by tak iść pobiegać. Więc wstałem, wyszedłem na dwór i pobiegłem przed siebie, czyli do lasu. Tak to się kiedyś zaczęło i tak to już od trzech lat trwa. Niemal każdy trening zaczynam od dobiegnięcia do lasu. Las był i jest integralną częścią mojego biegania.
Czytaj dalej…
Niedziela. Ciemną nocą wracam z treningu. Przebiegłem luźne 13 kilometrów, ale nie to tego dnia jest dla mnie najważniejsze. Ważne jest to, że na ósmym kilometrze pękło mi 2000 kilometrów łącznego przebiegu. Byłem z tego faktu zadowolony i oczywiście nie omieszkałem pochwalić się tym osiągnięciem na facebooku. W ciągu kilkunastu najbliższych minut spływały miłe komentarze. Ten napisał “Gratuluję!”, tamta “Brawo!”, a jeden z kolegów że “Zanim się obejrzysz będziesz miał 5000 km na liczniku!”. Był 14 listopad 2010 roku…
Czytaj dalej…
No i się dorobiłem swojego jubileuszu! Jubileusz jak jubileusz, może trochę na siłę, a może po prostu, dlatego że to kolejna granica, którą udało mi się przekroczyć w drodze do… do nie wiem czego, ale na pewno w drodze!
Jeszcze w trakcie ostatniego tygodnia, na podstawie rozmów ze znajomymi, dopatrzyłem się ciekawej rzeczy. Że, skoro ten tydzień ma się zakończyć z liczbą 40 na liczniku kilometrażu, to w weekend, a dokładniej w niedzielę, będę musiał przebiec swój dwutysięczny kilometr. Ładnie to będzie wyglądało. A, że na niedzielę i tak planuję coś, co kiedyś znowu się stanie długimi wybieganiami, to nie będzie problemu. To dopiero początek kolejnego sezonu, więc na długie wybieganie przypadło około 12 km. Może i niedużo, ale zgodnie z planem.
Czytaj dalej…