Maratońska wiosna zakończona. Jej celem było złamanie bariery 4 godzin w maratonie, by zmazać ten, co prawda debiutancki, ale jednak mijający się z moimi oczekiwaniami, wynik 4:22 z Warszawy. Udało się plan wykonać nawet z nawiązką. Pękło nie tylko 4:00, ale też 3:50. Ogólny bilans udany, ukończone 3 maratony:
Wszystkie poniżej 4:00, z czego jeden przełajowy, jeden w iście afrykańskich warunkach no i wyśrubowana życiówka, która wynosi aktualnie 3:48:16.
Czytaj dalej…
Emocje nie pozwoliły mi spać. Obudziłem się około 5:00. Rano oczywiście. Spać mi się nie dało, więc wyłączyłem budzik, który miał dzwonić za jakieś pół godziny i zacząłem się szykować. W sumie to słowo szykować jest przesadzone, bo wszystko już dawno było przygotowane. Wszystko co mi było potrzebne, było już spakowane w jednym, może i mało profesjonalnym, ale zgrabnym plecaczku. Mi zostało tylko się ubrać, nakarmić i napoić.
Więc co? Słynna „Małyszowa” bułka z bananem i w drogę!
Czytaj dalej…
Tydzień do startu. Wreszcie czuję, że jestem logistycznie zorganizowany. Wiem już jak, czym i o której jadę. Wiem gdzie i w czym będę spał. No i podobno wiem, na jaki wynik będę biegł.
Ale od początku. Dojazd.
Na samym początku ktoś rzucił hasło, że będziemy jechać samochodem. Oczywiście, miała jechać cała moja biegowa drużyna i wszystko miało być takie naj… Wiadomo, że nie wyszło. Potem istniała wersja, że chociaż nasza część wyjedzie z Warszawy razem. No tak… istniała, bo już też zdaje się, że nie istnieje. Nie wiem, w każdym razie ułożyłem sobie plan podróży samodzielnej.
Czytaj dalej…