Ostatnio z bratem przyjął nam się nowy pomysł na spędzanie wspólnego wolnego czasu. Ja wychodząc z domu mówię, że “Idę pobiegać z bratem”. On pewnie mówi, że “Idzie pojeździć z bratem”. Układ jest prosty. Ja biegnę, bo jestem zdecydowanie lepszym biegaczem niż rowerzystą. On, jako że jest lepszym rowerzystą, jedzie na rowerze. I tak to wygląda. Tak mijają nam kolejne kilometry. Najczęściej długie, bo skoro już uda się nam razem wyrwać z domu to korzystamy.
Czytaj dalej…
Biegnę. A raczej szuram nogami. Bawię się telefonem. “Kurza twarz, dlaczego w rękawiczkach tak ciężko trafiać w klawisze” – myślę sobie. “Pewnie, dlatego że są dotykowe” – podpowiada z chichotem głosik z tyłu głowy. Ale się nie poddaję. Pstrykam fotę. Ooo! Cóż za urocze zdjęcie ściółki leśnej! A może bym tak sobie zrobił zdjęcie? Więc próbuję. Robię kilka. Jedno wychodzi po japońsku. Czyli jako-tako. Bawię się dalej. W biegu nakręcam krótki żenujący filmik, który skasuję po powrocie do domu.
A potem widzę, że zawsze zarośnięty i zalany zielony szlak nie jest już zarośnięty. Wykarczowali go. Hmm… Ciekawe czy da się przebiec…
Czytaj dalej…
Powód był tylko jeden: Chęć nabrania ochoty na bieganie. A jak to wykonać? A no tak, że po prostu wyjść z domu i pobiec przed siebie. Bez celu, bez z góry określonej trasy. Tak po prostu poddać się naturze. Niech ona zadecyduje, niech mi pokaże ścieżkę, którą mam biec, niech mi rzuca wyzwania, niech mnie prowokuje. A ja będę biegł. Tak po prostu. Bez patrzenia na tempo, tętno czy mijający czas. Tego mi było trzeba na tydzień przed ostatnim wielkim startem. Oderwania się od treningu i bawienia się bieganiem.
Czytaj dalej…
Im dłużej biegałem po lesie, tym w ten las zapuszczałem się głębiej. Kiedyś bywałem tylko do pierwszej poprzecznej drogi. Teraz ta droga (prawie) już jest obwodnicą. Kiedyś była to po prostu “droga”. Nie znałem żadnej dalszej. Była jedna jedyna. Dalszy las kojarzył mi się z dżunglą, puszczą, chaszczami i setką innych nieprzyjemnych rzeczy. Pewnie, dlatego że tam nie bywałem.
Odkąd biegałem i poznawałem coraz dalsze drogi opanowałem główny schemat poruszania się po lesie. Wiedziałem, że las jest pocięty szachownicą głównych dróg. Wszystkie przecinają się pod kątem prostym i zawsze, ale to zawsze od skrzyżowania do skrzyżowania jest 750 metrów. Czasami tylko drogę zaleje woda, zarosną krzaki lub przetnie linia kolejowa. A czasami nawet wszystko na raz. Ale i tak od skrzyżowania do skrzyżowania będzie 750 metrów.
Czytaj dalej…
Mając już dogodne przejście przez tory zacząłem szukać na mapach Google, jakiegoś sposobu na przedostanie się od przejścia przy obwodnicy do mostu, który znalazłem. Oczywiście po tamtej stronie lasu.
W teorii wyglądało to nie tak źle, jak się okazało być faktycznie. Drogi były. Jedna najbardziej obiecująca prowadziła prosto jak od linijki od obwodnicy i kończyła się jakiś kilometr od mostu. Dalej dróżki powinny być. Powinny, ale to nie było takie pewne. Na zdjęciach satelitarnych widać różnice w drzewostanie, ale czy będą ścieżki? Pewności się nie ma, dopóki się tego organoleptycznie nie sprawdzi. Tak myślałem, że trzeba będzie kiedyś tego spróbować.
Czytaj dalej…
Zawsze biegam po swojej części lasu. Pisałem już, że las dzieli się na ten przed obwodnicą i za obwodnicą. Od jakiegoś czasu zaczął mi się tworzyć w głowie jeszcze inny podział. Ale może powoli…
Najpierw mam las przed obwodnicą, czyli miły, raczej suchy, robiący za wysypisko i z dużą ilością ścieżek. Tylko, że skoro bliższy, to jestem w nim w stanie zrobić maksymalnie 6-8 km. Od większej ilości kilometrów można tu zgłupieć. Nie ma tu aż tylu ścieżek, by biegać więcej.
Dalej jest las za obwodnicą, czyli bardziej dziki, podmokły, a co za tym idzie miejscami niedostępny biegowo. Tu już można biegać długo. W linii prostej nie jest to wielka puszcza, ale jest to las, w którym mogę biegać długo i nie zgłupieć.
Jest jeszcze las za torami, czyli jedna wielka niewiadoma.
Czytaj dalej…
Las – mój główny poligon biegowy odkąd tylko pamiętam. W sumie to nigdy nawet nie próbowałem znaleźć innego miejsca, w którym mógłbym biegać. Biegam też po osiedlu, ale to głównie, dlatego, że po ciemku w lesie się nie da. Nawet pierwszy trening (ten z papierosami) odbył się niejako w lesie. A przynajmniej wybiegając pierwszy raz z domu skierowałem się automatycznie w jego kierunku. Nie biegałem wtedy, co prawda, po nim, ale wzdłuż niego, ale ćwiczenia robiłem już między drzewami.
Czytaj dalej…