Tydzień zaczął się fatalnie. Chyba gorzej być nie mogło. Nerwy napięte do granic możliwości i chęć ucieczki byle dalej od wszystkiego, choć wiadomo, że uciec się nie da.
Jednakże poniedziałek rano zacząłem, a nawet zaczęliśmy, bieganiem. Koleżanka tym razem, mimo wspólnego biegu, do jakiegoś większego towarzyszenia mi, się nie kwapiła. Efekt tego był taki, że na drugiej połowie dystansu dałem jej odbiec na kilkaset metrów i dopiero, gdy skurczyła się do rozmiarów kropki zacząłem za nią biec. Nie, biec, to złe słowo. Zacząłem pędzić jak głupi. W końcu na sporej zadyszce dogoniłem, ale było mi mało. Kilkaset metrów razem, by złapać oddech i znowu uciekłem do przodu.
Czytaj dalej…
Jeszcze trochę i będę musiał robić dopiski: “Nie róbcie tego w domu” albo “Tylko na własną odpowiedzialność”. Dziś znowu próbowałem sobie coś zrobić. A może nie tyle zrobić, co znowu ryzykowałem zdrowie po to, by mieć frajdę z biegania i przeżyć coś nowego. Jak zwykle wyszedłem z tego cało i jak zwykle jestem z tego faktu niezmiernie zadowolony, by nie mówić od razu że dumny, a ta najgorsza część biegu jest tą najlepszą. Czy jeszcze jestem normalny?
Poszedłem rano w las. W tym akurat nie ma nic specjalnego. Ale w lesie było pięknie, cicho, biało. Dookoła śnieg i mróz ścinający każdą nawet najmniejszą kałużę. Nie widać śladów samochodów, zakłócających tą piękną białą przestrzeń. Nic tylko biegać po lasu kres.
Czytaj dalej…
Mając już dogodne przejście przez tory zacząłem szukać na mapach Google, jakiegoś sposobu na przedostanie się od przejścia przy obwodnicy do mostu, który znalazłem. Oczywiście po tamtej stronie lasu.
W teorii wyglądało to nie tak źle, jak się okazało być faktycznie. Drogi były. Jedna najbardziej obiecująca prowadziła prosto jak od linijki od obwodnicy i kończyła się jakiś kilometr od mostu. Dalej dróżki powinny być. Powinny, ale to nie było takie pewne. Na zdjęciach satelitarnych widać różnice w drzewostanie, ale czy będą ścieżki? Pewności się nie ma, dopóki się tego organoleptycznie nie sprawdzi. Tak myślałem, że trzeba będzie kiedyś tego spróbować.
Czytaj dalej…
Zawsze biegam po swojej części lasu. Pisałem już, że las dzieli się na ten przed obwodnicą i za obwodnicą. Od jakiegoś czasu zaczął mi się tworzyć w głowie jeszcze inny podział. Ale może powoli…
Najpierw mam las przed obwodnicą, czyli miły, raczej suchy, robiący za wysypisko i z dużą ilością ścieżek. Tylko, że skoro bliższy, to jestem w nim w stanie zrobić maksymalnie 6-8 km. Od większej ilości kilometrów można tu zgłupieć. Nie ma tu aż tylu ścieżek, by biegać więcej.
Dalej jest las za obwodnicą, czyli bardziej dziki, podmokły, a co za tym idzie miejscami niedostępny biegowo. Tu już można biegać długo. W linii prostej nie jest to wielka puszcza, ale jest to las, w którym mogę biegać długo i nie zgłupieć.
Jest jeszcze las za torami, czyli jedna wielka niewiadoma.
Czytaj dalej…