- Biegasz?
- No trochę biegam.
- A ile?
- Jakieś 80 km tygodniowo…
I w tym momencie nóż mi się w kieszeni otwiera. A nie muszę mówić, że to może być niebezpieczne, bolesne i w ogóle tragiczne w skutkach.
Kiedyś też tak postrzegałem bieganie. Przez wybiegane kilometry: 10 kilometrów, 20 kilometrów, 30… Potem przed pierwszym maratonem non stop miałem przed oczami hasło, że aby przebiec maraton trzeba przynajmniej pokonywać tyle w ciągu tygodnia. Więc tak sobie układałem bieganie, by tak czy siak 42 kilometry wybiegać. Potem patrząc na innych, znowu zacząłem sobie dokładać kilometrów. Praktycznie na przestrzeni tygodnia jedyną rzeczą, która się liczyła był kilometraż. Ważne było, aby sobie “dołożyć” jeszcze coś, jeszcze jakiś trening, jeszcze jeden czy dwa kilometry w tygodniu po to by robić nie 40, a powiedzmy 50 kilometrów tygodniowo…
Czytaj dalej…
- Czy bieganie jest nudne?
- Oczywiście, że jest nudne.
- Hmmm?!
- No, weź wyobraź sobie gościa w dresach, który pedałuje… o przepraszam… biegnie obok ciebie. Co pomyślisz?
- No, że biega.
- I co jeszcze?
Czytaj dalej…
Jednym z uroków pisania własnego pamiętnika czy bloga jest możliwość przeczytania czegoś, co się pisało kiedyś lub, co było kiedyś. Zdumiewającym jest, jak pewne rzeczy potrafią się zmieniać i śmiesznie brzmią zapisane wtedy słowa.
Ostatnio takim stwierdzeniem wywołującym ironiczny uśmieszek, jest coś co znajduje się w tekście „Nocny Marek” datowanym na marzec 2010 roku: “Powstał schemat, który przyjął się na wieki. Schemat taki, że o dziewiętnastej jem pierwszą kolację lub obiadokolację. [...] Potem godzina sjesty, czyli czas na telewizyjne newsy z kraju i ze świata i około godziny dwudziestej, czyli po wiadomościach sportowych, wyjście na dwór.”
Czytaj dalej…
Kiedyś tam, przy którymś tam piwie, podczas rozmowy z kolegą, padło w moją stronę pytanie:
- A może i ty zaczniesz biegać w rajdach przygodowych?
- Nie no skąd, to nie moja bajka – odparłem szybko wiele nie myśląc nad odpowiedzią.
- Skąd wiesz, skąd wiesz…
No i właśnie cały w tym sęk, że nie wiem.
Czytaj dalej…
- Czym dla ciebie jest bieganie?
- Jak to czym?!, Wszystkim!
- A tak dokładniej?
- A tak dokładniej… hmmm…
Czytaj dalej…
Kilka tygodni temu miałem pewną sytuację. Wyszedłem z domu biegać. Wiadomo, że aby być coraz lepszym biegaczem, trzeba od czasu do czasu biegać coraz szybciej lub dłużej. A przynajmniej biegać na tyle szybko, by z każdym dniem, tygodniem i miesiącem, być coraz lepszym. No i wyszedłem owego dnia na szybki trening. Niby nic wielkiego, bo zrobiłem 8 km w tempie grubo poniżej 5:00 min/km, ale nie o to chodzi.
Chodzi o to, że kręciłem kółka na mojej małej, szybkiej pętli. Standard. Na jednym z kółek zobaczyłem przed sobą biegacza. Sądząc po posturze oraz tempie biegu był zdecydowanie mniej zaawansowany niż ja. No, ale przecież każdy ma swój powód, aby biegać (lub nie biegać) i nic mi do tego. Chociaż on, jak przypuszczam, biegał dla zrzucenia wagi oraz ogólnej poprawy kondycji.
Czytaj dalej…
Kilka dni temu po wejściu do domu powiedziałem sobie “Dziś nie biegam. Nie mam nastroju”. No, bo nastroju na bieganie nie miałem. Nieprzespana noc (za co nie mam pretensji, bo było bardzo miło), w pracy więcej chodzenia niż zwykle (a pracę mam biurową) i niewygodne telefony, które tylko podnosiły ciśnienie, nie wnosząc nic ciekawego do życia. Wszystko to spowodowało, że jeszcze przed wyjściem do domu postanowiłem, że odpuszczę sobie wieczorne bieganie. Za to w wolny piątek bym wyszedł dwa razy. Raz rano i drugi raz wieczorem. Dlaczego? Dlatego żeby było weselej.
W mojej grupie biegowej są dwie biegaczki, które tak biegają. I to nie tak jak ja chciałem zrobić, że jeden dzień (w dodatku wolny) przeznaczę na dwa treningi. One biegały tak po prostu. Patrząc na tempo to nie biegają szybko, ale za to kilometraż jaki robią mnie przeraża. Więc skoro one mogą, to mogę i ja. A jak się wezmę w garść, to wyjdę i trzy razy biegać. A co tam! Raz można zaszaleć.
Czytaj dalej…
Nastała moda na kluby fitness. I bardzo dobrze, że nastała, bo więcej osób się rusza. Temat szczególnie godny uwagi szczególnie w sezonie zimowym, który zbliża się nieuchronnie. A może już nastał?
Osobiście nigdy w takim klubie nie byłem i nie wiem, kiedy będę. Nie mam takiej potrzeby, i nie mam żadnego klubu pod ręką, bym sobie tam mógł iść tak z ciekawości. I podejrzewam, że jakbym tam poszedł sam to bym nie wiedział, co robić. Jedyne urządzenie, które by mi coś mówiło, to bieżnia. Tylko jak biegać na bieżni, by nie robić tego bezsensownie? Tego nie wiem. Pewnie bym wszedł na bieżnię ot tak i zaczął biec. Ciekawe, ile by musiało minąć czasu bym zgłupiał od biegania w miejscu i kompletnie obrzydził sobie takie bieganie?
Czytaj dalej…
Na samym początku swojej biegowej przygody nie miałem gdzie biegać. Nie było gdzie biegać, a co dopiero trenować, a przecież od razu chciałem biegać według niewiadomo, jakich wzorców. Czytałem w planach o bieżni, ale tak wtedy , jak i teraz, nie mam do niej dostępu. Do lasu było za daleko, a biegać po osiedlu… Będę wyglądał jak głupek. Rozgrzewkę też wypadałoby zrobić… Tylko gdzie? Nie mam pojęcia… Tak ładnie się czyta, że wystarczy założyć buty i wyjść na dwór, bo Twoją salą gimnastyczną jest cały świat. No tak… ale. Tych Al było sporo.
Czytaj dalej…
Ludzie na bieganie reagują różnie. Można na to spojrzeć z dwóch stron. Pierwszą stroną są ludzie, którzy mnie nie znają. Wiedzą, że jest taki gość, co biega pod ich oknami, płotem czy żywopłotem. Teren biegowy mam od zawsze podobny, więc siłą rzeczy, zawsze wracam w te same miejsca i ulice. Podejrzewam, że część ludzi, których witam, biegając, nie poznaliby mnie, gdybym od tak przeszedł po prostu koło nich. Ci, których regularnie witam, odnoszą się do mnie raczej ciepło.
Czytaj dalej…