Zaczęło się w pociągu, kiedy jadąc w niemal pustym wagonie przypomniało mi się hasło “Runners, we are different!”. Chwilę później, nie bacząc na figlarne spojrzenia trzech dziewcząt siedzących naprzeciwko, zacząłem zdejmować spodnie… Niestety, pod spodem miałem krótkie spodenki biegowe. Równie sprawnie, co spodni, pozbyłem się wiatrówki. Na koniec jeszcze poprawienie chusty na głowie, plecaka na plecach i mogłem ruszać.
Pierwszy etap to dobiegnięcie na warszawską starówkę. Mógłbym, oczywiście, na nią pojechać autobusem czy tramwajem, ale jak by to wyglądało?! Co najmniej dziwnie. Lepiej i szybciej jest pobiec. Ale z Dworca Centralnego to są raptem 2 kilometry. Za mało by się nawet rozgrzać. Więc pobiegnę z Dworca Zachodniego! To będzie jakieś 5,5 km. To już jest sensowny dystans.
Czytaj dalej…
Po XXIII Biegu Niepodległości mogłem zrobić dwie rzeczy. Mogłem wrócić do domu, albo mogłem pojechać na warszawski Targówek na Ekobieg Niepodległości. Wszystko zależało od transportu, bo przejazd przez pół Warszawy komunikacją miejską, mi się nie uśmiechał. Transport jednak, dzięki Andrzejowi, miałem, więc na Targówek pojechałem. Miałem kibicować…
Dotarliśmy na miejsce rozgrywania Ekobiegu Niepodległości. Mała kameralna impreza w bardzo przyjemnym Lasku Bródnowskim, gdzie wpisowym były dwie puszki i dwie puste butelki. Bez wpisowego w postaci gotówki. Na tym właśnie opiera się cała idea tych zawodów: na propagowaniu świadomości ekologicznej i dbałości o środowisko. Przynosisz plastykowe butelki czy puszki i w nagrodę bierzesz udział w biegu na 10 kilometrów.
Czytaj dalej…
Kolejna seria zawodów za mną. Tym razem trzy maratony:
i jedna połówka
Tym razem nie chciałem łamać 4:00, co było celem na wiosnę, tylko 3:30. Gdy tak patrzę na to z perspektywy celów, to sam się sobie kłaniam w pas, że cel w pół roku podniosłem o 30 minut. A żeby było ciekawiej, to nie tylko cel posniosłem, ale też go zrealizowałem. Co prawda złamanie w Poznaniu 3:30, przyszło dużo trudniej niż 4:00 na wiosnę w Krakowie, jednak to nie zmienia faktu że się udało.
Czytaj dalej…
Biegnij Warszawo to największa impreza biegowa w stolicy. Ba! Największa nawet w całej Polsce. Punkt honoru większości biegaczy z okolicy Warszawy. W sumie na starcie około 10 tysięcy biegaczy. Do tego kilka tysięcy spacerujących w ramach akcji “Maszeruję-Kibicuję”. Następne kilka tysięcy kibicujących i czatujących na trasie na swoje żony, mężów i kochanków. Dalej grupki fotografów rozlokowane z aparatami w kilku strategicznych punktach trasy. I na sam koniec ja – inny, wolny, ale (teoretycznie) niebiegający elektron.
Czytaj dalej…
Do tego maratonu przystąpiłem w iście bojowym nastroju. Miałem biec go w granicach 3:40, ale… Najpierw usłyszałem, że trasa jest ponoć szybka. Tak mówili organizatorzy, którym nie do końca wierzyłem, bo każdy swoje chwali, ale też biegowi znajomi. Potem, jak powszechnie wiadomo, pojechałem do Wrocławia gdzie na antybiotykach osiągnąłem morderczy czas 5:35:52. Ale wróciłem do zdrowia. Weekendowe treningi były ciężkie, ale pokazały, że formy nie straciłem. W ten sposób nasienie rywalizacji trafiło na podatny grunt. Postanowiłem się nie ograniczać i pobiec na 3:30. Czułem się na siłach by to zrobić. By spróbować…
Czytaj dalej…
Czego zabrakło, aby złamać 4h? Przede wszystkim zabrakło 25 minut. Podejrzewam, że biegnąc od początku z grupą na 4:15, bym z nimi dobiegł do mety. Ale, że chciałem walczyć z czterema godzinami… no cóż… Gdybym nie spróbował, to bym się nie przekonał. Mam nauczkę na przyszłość. Nauczkę, by przede wszystkim bardziej zainteresować się jedzeniem i piciem na trasie. Podejrzewam, a nie jest to tylko moje zdanie, że za mało jadłem i piłem, i w pewnym momencie zabrakło mi węglowodanów do dalszego napędzania mięśni. A, swoją drogą, trening, trening i jeszcze raz trening, bo wiadomo, że trening czyni mistrza.
Czytaj dalej…
Maraton Warszawski miał się odbyć 26 września 2010 roku, ale mój maraton zaczął się już dwie noce przed tym dniem. Często się słyszy, że w ostatnią noc się nie da spać, a ja miałem rak na dwie noce przed. Po ponad godzinie leżenia w łóżku, w środku nocy, w końcu wstałem, zrobiłem herbatę, odpaliłem komputer i zacząłem robić cokolwiek. Grubo po północy, w końcu się położyłem. Też nie zasnąłem od razu, ale zasnąłem. W sumie może i dobrze się stało, bo dzięki temu ostatniej nocy nie miałem problemów z wcześniejszym zaśnięciem. I pobudką o 5:00 rano.
Czytaj dalej…
Po wojsku wróciłem na rower. Ale tak już jakoś na tym rowerze mi nie szło. Nie miałem frajdy. Z takiego małego rowerowego wariata stałem się niedzielnym rowerzystą. Nie wiem, czemu ale kiedyś pedałowanie sprawiało mi większą przyjemność. Może to, dlatego, że przez rok wypadłem z formy i kiedyś jak mogłem się wygłupiać i jeździć dziesiątki kilometrów po różnych dziwnych miejscach to teraz po 10 minutach jazdy ulicą dostawałem zadyszki. Może. W każdym razie pedałowanie mi szło słabo. Bardzo słabo.
Była jesień 2007 roku, gdy usłyszałem o RunWarsaw. Ba! Nawet widziałem relację z tego biegu w telewizji. Dystans 5 i 10 km. Super! Tylko ciekawe czy ja dałbym radę przebiec chociażby 5 kilometrów?
Czytaj dalej…